poniedziałek, 25 maja 2015

Upał zadziałał?

 Nasz wyjazd okazał się jednym wielkim zaskoczeniem. Przede wszystkim pogoda zrobiła nam wielkiego psikusa utrzymując temperaturę powietrza w granicach +5*C i nie szczędzac nam deszczu i przelotnego sniegu. Jedynie Nowy Meksyk uspokoił nasze nerwy bo bezchmurne niebo dało nam +20*C. Zauroczona cudowną pogodą pierwszy dzień "upału" powitałam krótkimi spodenkami i podkoszulką co zaowocowało poparzeniem zupełnie zimowej skóry. Kolejne dni to cierpienie z powodu nadmiaru słońca zmagazynowanego w czerwonych plamach na rękach i nogach. Po rozum do głowy przyszłam zbyt późno zakrywając się szczelnie przed zabójczymi czynnikami  południowego słońca.
Jak twierdzi p. taka jestem codziennie ale ja uważam, że to wynik porażenia słonecznego. Tyle mam na swoją obronę.

Wróciliśmy do domu po dwóch tygodniach tułaczki po Kolorado, Arizonie i Nowym Meksyku wykończeni i bez zapału na dokończenie remontu.

czwartek, 14 maja 2015

Wielołape anioły

 Czasami nas denerwują i przeszkadzają. Czasami chcemy  zagłaskać je na śmierć ale nie zdajemy sobie sprawy, że czworonogi obdarzamy miłością tak wielką i szczerą, że po ich odejściu powstaje bolesna i niezapełnione luka.
Nie lubię cmentarzy z oczywistych względów i każdy pobyt w takim miejscu przygnębia mnie i zasmuca.
Angels Rest będę pamiętała przez długi czas. Panowała tam jakaś cudowna i tajemnicza atmosfera. O dziwo nie odczuwałam smutku lecz zadumę i co zupełnie nieprawdopodobne jakieś pozytywne uniesienie.
To nie był zwyczajny cmentarz tylko jakby przystań przed dalszą cudowną i nieznaną drogą. Lekki wiatr poruszał gałęzie i wind chimes (nie znam polskiego określenia tych wiszących rur ale mogę je określić jako "wietrzne dzwonki") które wygrywały zawsze inną melodię ale bardzo nastrojową, miłą dla ucha i duszy. Zaskakująco duży teren tego zwierzęcego cmentarza zapewnił nam trochę ruchu gdyż obeszliśmy go dookoła nie pomijając ani jednej alejki.
Oj zwierzaki, zwierzaki nie macie pojęcia jak was kochamy i ile radości nam dajecie na codzień. Nie mogłam oprzeć się pokusie pogłaskania konia po rozwichrzonym łbie. Z początku nieufny nie chciał się do mnie zbliżyć ale gdy przemawiałam do niego spokojnym głosem przyszedł do mnie pomimo tego, że nie rozumiał ani jednego wypowiadanego słowa w dziwnie brzmiącym języku. Nie bałam się, że mnie ugryzie bo w sercu mym nie ma zła tak jak i w duszy nie mam złych zamiarów.

sobota, 9 maja 2015

Strzelnica niby sportowa.

 Pierwszego dnia wybraliśmy się na ogólne rozpoznanie terenu aby zorientować się co w trawie piszczy czyli co znajduje się w pobliżu Kanab. Skręciliśmy w pierwszą lepszą drogę bez oznaczenia i przygoda rozpoczęła się już po kilku minutach.
 Czerwone skały jak zwykle nadawały uroku uśpionej przyrodzie. Droga a raczej dróżka wiła się zakolami i po dwudziestu minutach dotarliśmy do miejsca gdzie zmuszeni byliśmy zrezygnować z dalszej jazdy gdyż nasze osobowe cztery kółka nie były w stanie pokonać wyboistego terenu po którym bez problemu jeździły auta do tego przystosowane. 
Sądząc po śladach opon były to dużo większe pojazdy z napędem na cztery koła. Poszliśmy zatem na krótki spacer nie zapuszczając się zbyt daleko w niedostępne miejsca bo dzisiejszego dnia miał być to rekonesans a nie wyprawa. 
Natrafiliśmy na ślady zabawy bronią palną w postaci łusek leżących na dużej przestrzeni. Jakoś zapominamy o tym, że większość populacji w USA jest uzbrojona nie tylko w pistolety czy rewolwery ale również w karabiny. W tym ustronnym miejscu zabawiano się z dozą okrucieństwa gdyż znaleźliśmy nadpalone szczątki psa. Miny nam zrzedły bo nigdy nie chcielibyśmy natrafić na ludzi o podobnym poczuciu humoru gdyż nigdy nie wiadomo co mogłoby im strzelić do głowy.
Z niesmakiem opuściliśmy to miejsce. Nieprawdopodobne zrządzenie losu skierowało nas na drogę która zaprowadziła nas prosto do strzelnicy gdzie dwóch mężczyzn trenowało oko strzelając do tarcz. 
Zaparkowaliśmy obok i przy wtórze huku wystrzałów przyglądaliśmy się jak przebiegało kalibrowanie lunet przytwierdzonych do karabinów. Każdy strzał był dokładnie obserwowany przez oddzielną lunetę. Po regulowaniu następował kolejny strzał i znów obserwacja celności sprzętu. 
Przyznać muszę, że panowie kowboje byli bardzo zdyscyplinowani i po zakończeniu dość krótkiej sesji strzeleckiej zebrali łuski, posprzątali dokładnie po sobie i znikli w dali unoszeni przez swoje pickupy które obecnie zastąpiły rumaki. Nam pozostał lekki szum w uszach od głośnych wystrzałów wzmacnianych echem odbijanym od pobliskich skał. Jednak można używać broń nie czyniąc nikomu szkody i dać upust swym żądzom strzelając do tarczy a nie do żywego stworzenia. 
Dziwny to był dzień bo los wybrał drogę prowadzącą nas prosto tam gdzie wszystkie zwierzęta mają skrzydła.

czwartek, 7 maja 2015

Ideał w 100%

 Remont utknął w łazience na dwa dni bo nie mogliśmy się zdecydować na jeden z dwóch wariantów które chodziły nam po głowach a wykluczały się wzajemnie.
Dobrze, że chociaż nasza sypialnia jest gotowa i mamy miejsce do godnego wypoczynku. Niespodziewanie przydało się ono bo zapadłam na nagle osłabienie połączone z katarem i gorączką. Po dwóch dniach balansowania pomiędzy rzeczywistością a chorobowymi zwidami dolegliwość zniknęła jak ręką odjął. Pogoda trochę zwariowana i trudno się ustrzec przed
wychłodzeniem lub przegrzaniem bo rano zimno a w południe upal. Wieczorem znów zimno i tak na prawdę to nie wiadomo jak się ubrać gdy wychodzi się z domu na cały dzień. Właśnie wracałam takiego dnia do domu. Kurtkę i sweter miałam przerzucone przez ramię i tylko w samej podkoszulce kroczyłam w stronę patio gdzie bez ruchu stał p. w pozycji lekko zgiętej. Bardziej obrazowo; jakby go lumbago chwyciło. 
- Ja umieram. - Zdolności do tragizowania wśród mężczyzn są dobrze znane a p. na pewno mógłby się załapać w pierwszej setce najbardziej panikujących gdy chodzi o dolegliwości cielesne. 
- Co się stało? - Jakoś nie widziałam śmiertelnego ciosu zadanego przez przeciwnika i tak na pierwszy rzut oka do p. wyglądał na zupełnie zdrowego. 
- No popatrz tylko. Widziałaś kiedyś coś podobnego. Mam katar jak Niagara gdy topnieją śniegi! - Przyjrzałam się skrzywionej postaci i zauważyłam, że z nosa p. cieknie woda niekończącą się stróżką. Dlatego stał taki pochylony. Jak długo tak stał nie spytałam ale nie podejrzewam go aby przygotował się specjalnie na mój przyjazd. - Sprzedałaś mi swoją śmiertelną chorobę i nie mam siły na nic. 
- Zaraz wezmę się za ciebie a tymczasem idź do łóżka. - Grypę trzeba przeczekać i nic na to nie poradzisz. Leczony katar trwa siedem dni a nie leczony tydzień. 
- Chyba oszalałaś!!! Jak w taki ciepły dzień mam leżeć w łóżku? - Trudno nie przyznać racji bo dzień wyjątkowo ciepły i aż się chce siedzieć na zewnątrz podziwiając budzącą się do życia przyrodę. 
- Przygotuję coś drastycznego aby przynajmniej katar zatrzymać. - Weszłam do mieszkania gdzie czekała na mnie nieoczekiwana niespodzianka. Na stole rozłożone aparaty fotograficzne, przygotowane mapy, ładnie ułożone jedna na drugiej. Bez pytania odwróciłam się na pięcie ze znakami zapytania w oczach. 
- Nie mogę pracować w takim stanie. - Wskazał na swój nos. - Jedziemy na wakacje
- Wakacje? - Zapytałam niezbyt rozsądnie bo przecież wiem co to są wakacje. - Kiedy? 
- W niedzielę rano. - Z paniką na twarzy rozejrzałam się po chałupie gdzie rozgardiasz panował w każdym kącie. 
- W tą niedzielę? - Wolałam się upewnić. 
- Tak ja już dzisiaj wszystko załatwiłem, mam wolne dwa tygodnie. No co? Nie chcesz odpocząć od tego bałaganu? - Musiałam mieć bardzo zdziwioną minę. - Remont dokończę po przyjeździe. Nikt za mnie tego nie zrobi, wiem. W niedzielę o trzeciej rano ruszamy do Arizony. - Wystarczyła sekunda abym od razu porzuciła obawy o wygląd mieszkania i ruszyłam żwawym krokiem do kuchni aby wyszukać w apteczce jakieś lekarstwo które postawi p. na nogi.