sobota, 15 lipca 2017

Czy mnie też to czeka?


 Nerwowy czas poszukiwania pojazdu do zamieszkiwania i podróżowania mamy już za sobą ale niestety nerwówki czas wcale się nie skończył.
Zaczęliśmy modernizować wnętrze oraz system ogrzewania i ochładzania. Jakby tego było mało to do wymiany idzie piec i lodówka.
O zwykłej zamianie nie ma mowy bo również i miejsce umieszczenia tychże ulegnie zmianie.

 Czego się nie tknąć to teoretycznie powinno być ulepszone; krany, żarówki, blat kuchenny i można by wymieniać tak bez końca. Obecnie nasz pojazd dla staruchów wygląda gorzej niż w momencie zakupu i żadne z nas nie ma pojęcia kiedy ponownie będzie nadawał się do użytkowania.
 Właśnie gdy ręce moje spracowane zanurzałam w wannie pełnej piany i gdy wygniatałam brud z pokrowców na siedzenia przypomniałam sobie scenkę zaobserwowaną w Północnej Dakocie.
Porzuciłam pokrowce w łazience i z wielką przyjemnością zasiadłam przy komputerze aby odszukać zdjęcia które już wtedy poruszyły mnie na tyle, że uznałam za konieczne zatrzymanie ich na specjalną okazję. Wszystkiego p. nie zrobi sam i z wielką przyjemnością pomagam mu na tyle ile mogę i umiem. Powróciłam do moczących się pokrowców i piorąc je zastanawiałam się czy czeka mnie właśnie taki los. Czy będę latała ze szmatką dookoła pojazdu czyszcząc go do połysku. Czy dbanie o dom na kółkach nie przerodzi się w obsesję i każdą rozbitą muchę na szybie będę traktowała jako zamach na wysprzątany dom.  

 Taka kobieta jak na zdjęciach to marzenie każdego mężczyzny bo on naleje paliwa do zbiornika, skontroluje pracę żony i już jest gotowy aby znowu zasiąść na fotelu pasażera.
Wierzę, że zachowam dotychczasowy dystans do posiadanych rzeczy i nikt nie zrobi mi podobnych zdjęć.

niedziela, 2 lipca 2017

Latająca łódź.

 Jeżeli jeszcze pamiętacie nasze kupowanie biletów na łódkę ze śmigłem podczas poprzedniej wizyty to nie zdziwicie się, że i tym razem nie poszło jak po maśle. Pojechaliśmy tam gdzie łapownictwo nie popłacało. Miejsce jakieś wyludnione i być może właśnie przez to wyglądało mało przyjaźnie. Pomimo tego, że byliśmy jedynymi klientami nasza wizyta nie wywołała zachwytu na twarzy sprzedającego bilety. Zwykle, gdy potencjalny kupujący przekracza próg sklepu to witany jest szerokim uśmiechem, tak szerokim, że bez szczególnego przyglądania się widać szóstki w uzębieniu. Uśmiech numer sześć jest bardzo często stosowany przez sprzedających i mile widziany przez kupujących. Tutaj było inaczej. Znad książeczki z sudoku spojrzały na nas zamyślone oczy. Książka z łamigłówkami była otwarta gdzieś po środku co wskazywało niezbicie, że pan z ogryzionym ołówkiem w prawej dłoni jest w trakcie czegoś bardzo ważnego. Dodawanie i odejmowanie miał najwidoczniej dobrze opanowane bo przecież był już w połowie drogi do ostatniej strony tego frapującego wydawnictwa.
- Chcieliśmy dwa miejsca na małą łódkę. - Trochę wstyd tak przeszkadzać w pracy ale gdy już nieopatrznie wtargnęliśmy w życie nieznajomego przekraczając próg tego miejsca to po zwyczajowym przywitaniu powinnam zeznać bezwłocznie dlaczego tu jestem.
- Najbliższy wyjazd za godzinę. - Głos odpowiadającego był pozbawiony emocji. Przypominał nagranie powitania na poczcie głosowej.
- Acha. - Błysnęłam zębami w niemym uśmiechu. Nie wiedziałam czy powinniśmy być zadowoleni czy natychmiast znaleźć się po drugiej stronie drzwi. Zwróciłam głowę w stronę p. aby uzgodnić dalsze postępowanie bo sama nie byłam w stanie podjąć decyzji. Twarz męża była odbiciem twarzy pana za ladą. Jego emocje a raczej ich kompletny brak ział grozą znudzenia i beznadziei. p. spojrzał na mnie szklanym wzrokiem kamery przemysłowej i wolno wycedził krótkie słowo. Zaakcentował każdą literę z osobna i usłyszałam tyle niechęci w słowie “d-u-p-a”, że lekki mróz musnął mój kark. Wszystko proste. Decyzja podjęta.
- Dziękuję bardzo. - Wrodzona grzeczność w stosunku nawet do mało przyjaznych osób zadziwiła i mnie bo przecież wystarczyłoby samo dziękuję.
- Jeżeli będzie komplet. - Słowa skierowane w naszą stronę znad łamigłówki odebrały mi resztkę optymizmu którym tego dnia mogłabym zarazić nie jedno małe miasteczko. Jeszcze patrzyłam na znudzone lico p. i dlatego mogłam przekonać się, że w tej chwili nikt nie chciałby mieć takiego męża. Obawiałam się reakcji na “olewnictwo” ze strony obsługiwanego klienta. Chwyciłam p. za połę koszuli i pociągnęłam go w stronę drzwi.
- Przyjdziemy później. - Skłamałam gdy przekraczałam drzwi tego zapyziałego miejsca. Nie będę rozpisywała się na temat naszych dywagacji i dogłębnych przeżyć związanych z wizytą pod mało uprzejmą strzechą. Jedynie skwituję to zupełne nieporozumienie jednym już wcześnie przytoczonym słowem. Tym na cztery litery i zaczynającym się na “d”.

Jak to w życiu bywa czasami ponosimy porażki które dają nam kopa do działania. Ruszyliśmy dalej do następnego miejsca, tam gdzie kilka lat wcześniej orżnęłam kasjera bez mrugnięcia powieką. Drzwi do budynku były otwarte i panująca tam pustka rozprzestrzeniała się od przeciwległej ściany do samego wejścia. Żywej duszy w środku nie uświadczysz która przywitałaby nas serdecznie, za to na zewnątrz siedziało trzech mężczyzn gawędząc sobie w najlepsze. Poruszali jakiś ciekawy temat bo nasza obecność nie przerwała rozmowy i zdawało się, że nas nie zauważają. Znowu przyszła kolej na chwilę gdy czujemy się jakbyśmy mieli popełnić wielki nietakt przerywając pogaduszki. Tym razem p. podjął się tego niemiłego zadania. O dziwo po przywitaniu panowie zareagowali bardzo uprzejmie na propozycję zawiezienia nas daleko w nieprzebyte bagna. Wyszło na to, że mamy trzy możliwości podróżowania. Wybraliśmy jednak swoją wersję a nie jedną z oferowanych. Po przedstawieniu oferty brzmiącej jak żądanie i lekkim jej zmodyfikowaniu przez właściciela łódki zapłaciliśmy za godzinę jazdy bez innych pasażerów. Usta wyginały się nam w uśmiechu aż zabolały nas dawno nieużywane mięśnie policzków. Zajęliśmy miejsca w pierwszym rzędzie i byliśmy gotowi do drogi.
Naszym kapitanem był bardzo sympatyczny dredziarz z Jamajki co nie zdziwiło nas zbytnio bo obecnie Indianie w USA mają mało indiańskie rysy. Zanim huk śmigła ogłuszył nas na tyle, że i myśli zdawały się nieme, kapitan ostrzegł nas, że nie będzie wygłupów w stylu obrotów o 360 stopni co przyjęłam za dobrą monetę bo ryzyko wywrotki w takim terenie jeżyło mi włosy na karku. 
Zanim rozpoczęliśmy bagienną przygodę tuż obok nas woda zawirowala i obserwator z bandy aligatorów ukrył się pod powierzchnią wody. Tych wodnych morderców jest wszędzie pod dostatkiem.
 Silnik naszej łodzi zaskoczył o dziwo od pierwszego razu i obawa, że to grat zupełny rozpierzchła się gdy sto decybeli uderzyło mnie obuchem w głowę. Mało zgrabna, płaskodenna łódź raźnie ruszyła do przodu i zgodnie z umową zaczęliśmy płynąć zdecydowanie zbyt szybko. Zadowolony p. odwrócił głowę w moją stronę i powiedział coś co mogłabym zrozumieć, że wreszcie płyniemy jak przystało na przeżycie przygody. 
Gdy zobaczyłam, że jego włosy wiatr zaczesał na tył głowy, mocniej nacisnęłam czapkę aby nie stracić jedynej ochrony przed słońcem.
Godzinna przejażdżka minęła szybciej niż się spodziewałam. Może dlatego, że kapitan urozmaicał nam każdą chwilę manewrami które mogłyby mnie wyrzucić za burtę gdybym nie trzymała się mocno siedzenia i nie zapierała się szeroko rozstawionymi nogami.
Chwila przerwy aby rozprostować nogi okazała się zbawienna aby wyrównać oddech. Podczas szalonej jazdy więcej pracy wkładałam w wydychanie powietrza wtłaczanego do moich płuc niż w jego zaczerpnięcie. Teraz, gdy stanęłam na ziemi wreszcie mogłam pooddychać normalnie.

Na spotkanie z nami przypłynęła córka starej znajomej sprzed lat. Dowiedzieliśmy się, że aligatory strzegą swego terytorium i żaden obcy nie ma prawa przebywać tam gdzie wcześniej zamieszkał inny. Ten teren był w posiadaniu dwóch pań i ta młodsza podpłynęła na nasze spotkanie. 
Mało ruchliwe aligatory są wbrew pozorom bardzo szybkie. Chwilowo mogą osiągnąć prędkość 24 mil na godzinę co równa się 38.5 km/godz. Tak szybko mogą się poruszać na lądzie jak i w wodzie. Atak jest natychmiastowy i następuje bez żadnego ostrzeżenia więc lepiej nie ufać naszym szybkim nogom i trzymać się z daleka od ospale wyglądających aligatorów. 
W drodze powrotnej wprawne oko kapitana dostrzegło aligatora który bardzo szybko ukrył się pośród traw i teren znów wydawał się niezamieszkały przez ludzi i zwierzęta.
Gdy powróciliśmy do miejsca wyjazdu bardzo serdecznie podziękowaliśmy za miłą i lekko zwariowaną wycieczkę wręczając suty napiwek uśmiechniętemu kapitanowi.

 
*** 
Duże zdjęcia znajdziesz tutaj.
Więcej zdjęć z bagien możesz obejrzeć w poście Śmigło i zęby.

sobota, 20 maja 2017

Relaks w znanym terenie.

 Nie mogliśmy oprzeć się pokusie aby jeszcze raz nie pojechać rowerami trasą najeżoną aligatorami. Tam gdzie szczęśliwie zakończyła się wycieczka przed dwoma latami rozpoczęliśmy obecną. Aby mieć lepsze rozeznanie w temacie proponuję najpierw przeczytać “Prawie śmiertelny relaks” z czerwca 2014 roku.
Przed wjazdem do parku sprawdziliśmy czy potwór który chciał pozbawić mnie życia ciągle na mnie czeka. Oczywiście oczekiwał mnie, sprytna bestia usadowiła się dla niepoznaki po drugiej stronie kamora. Tym razem nie podchodziłam blisko bo znając jego negatywne nastawienie do mojej skromnej osoby przywitałam go z daleka nie podchodząc na odległość z której mógłby potraktować mnie jako przekąskę. Wszystko wydawało się znajome nawet rowery do wynajęcia były w takim samym opłakanym stanie jak wcześniej.
Gdy uporaliśmy się z wyregulowaniem wysokości sidełek i wybłaganiu koszyka na kierownicę dla mojego pojazdu byliśmy gotowi do rozpoczęcia pełnego okrążenia pośród bagien.
Pośród liści wodnych roślin żyjących w bezpośrednim sąsiedztwie drogi przy której wylegiwały się dorosłe osobniki, baraszkowały maluchy. Wyglądały zupełnie niegroźnie a ich igraszki zatrzymały nas na dłuższą chwilę. Wykorzystaliśmy tę okazję na uspokojenie oddechu i otarcie potu z czoła. Pogoda dopisała na szczęście i na złość. Nie padało co zapewniło nam rozkoszowanie się ciepłem ale właśnie to ciepło zaskoczyło nasze leniwe do tej pory ciała.
Gdy tętno wskazywało na uspokojenie się organizmu ruszyliśmy dalej ale po kilku minutach leniwego pedałowania oczekiwał nas kolejny odpoczynek którego sprawcą był wielki aligator, zupełnie nietypowo zwrócony głową w stronę drogi. Wydawało się, że chce przejść na drugą stronę.
Tak się utarło, że ja jadę pierwsza i nadaję tempo a p. osłania tyły. Przypadło mi do gustu takie rozwiązanie bo nie muszę gonić uciekającego męża i mogę rozkoszować się niezmąconym widokiem horyzontu. Takie udogodnienie ma jednak również złe strony. Jako pierwsza spotykam niebezpieczeństwo czyhające na przejezdnych. Tak właśnie było tym razem. Szykujący się do przekroczenia asfaltu aligator obserwował mnie i przez ułamek sekundy rozważałam możliwość udzielenia mu pierwszeństwa. 

Nacisnęłam mocniej pedały i przejechałam obok niego bacznie zezując w jego stronę. Jadący za mną p. chyba nie miał zamiaru ustępować gadowi bo nie usłyszałam aby się zatrzymał. Gdy szczęśliwie minęłam domniemane zagrożenie krew zagotowała się w okolicy mego serca.
- Łaaaa! Goni mnie!!! - p. darł się w niebogłosy. Zatrzymałam się tak raptownie jak pozwalały na to słabe hamulce roweru. Gotowa byłam walczyć nawet ze smokiem a nie tylko z byle aligatorem. Odwróciłam głowę gdy moje nogi dotknęły ziemi. Z rozdziawioną w uśmiechu paszczą właśnie mijał mnie mój mąż. Minął mnie i pojechał dalej uradowany udanym psikusem. Właśnie wtedy stuletni okaz ruszył na drugą stronę.

- Wracaj!!! - Teraz ja bardzo głośno starałam się zawrócić p. aby wspomógł moje zamiary sfilmowania aligatora w ruchu na powierzchni. W godnej podziwu pozycji z rowerem pomiędzy nogami i obrócona od pasa w górę o 180 stopni nagrywałam jak krok za krokiem, niespiesznie aligator szedł w stronę widocznego mokradła. Dosłownie po sekundzie pojawił się obok mnie p., z aparatem wycelowanym w sunącego aligatora.
 {Zdjęcia jakoś nam wychodzą ale kręcenie przez nas filmów jest polem porosłym dobrze ukorzenionym perzem. Ciągle za szybko ruszamy aparatami jakby to mogło ożywić nieruchome obiekty. O innych błędach już nie wspomnę bo i tak całość naszej twórczości nie nadaje się do publikacji na blogu. Jednak postaram się zamieścić krótki film o naszych przeżyciach na bagnach na deser, po postach ze zdjęciami. Proszę przeto o cierpliwość bo musimy nauczyć się sklejania poszczególnych kawałków w całość. Film będzie i będzie w nim właśnie ten stwór.}
 Urokliwe choć i osobliwe to miejsce. Opisywanie go może być długie i szczegółowe a i tak nie odda całkowicie atmosfery jakby z innej planety. Nie dość, że zwierzaki są na swobodzie to uwielbiają pokazywać się turystom. Opis może być krótki i zwięzły ale wspomożony zdjęciami i właśnie zwolenniczką tej drugiej wersji jestem. Zatem niech zdjęcia przemówią same za siebie.

Zbliżenie oka aligatora ze zdjęcia powyżej, w nim widoczna postać fotografującego obok znaku na dwóch podporach i Słońce około drugiej po południu.
Uwaga na przyrodę, nie tylko zerwanie kwiatka ale nawet źdźbła trawy kosztuje 5000 dolarów! Poprzednim razem nie mieliśmy czasu aby wejść na wieżę obserwacyjną. Ścigaliśmy się z czasem aby oddać rowery przed zamknięciem wypożyczalni. Teraz z wielką przyjemnością poszliśmy na krótki spacer. Widok z wysoka jedynie wzmógł poczucie odosobnienia bo gdzie okiem sięgnąć widać niewysoką trawę i kępki krzewów.
Teraz czeka nas dłuższa część trasy podczas której jakby nic się nie działo. Gdzie okiem sięgnąć trawy porastające bagna sprawiały uczucie, że jesteśmy sami ale kto wie ile głodnych par oczu śledziło nasz każdy krok.
Po opłaceniu wynajęcia rowerów żegnaliśmy Shark Valley zadowoleni i zmęczeni. Czy przyjedziemy tu ponownie nie wiadomo bo co przyniesie jutro tak na prawdę nikt nie wie.
***
Zdjęcia większej rozdzielczości znajdziesz tutaj.

czwartek, 4 maja 2017

Nasz własny hotel.

 Trzy dni temu kupiliśmy swój własny hotel. Hotel na kółkach z którego będziemy korzystać przez kolejne lata. Ten który zawiezie nas na inne kontynenty i zapewni nam minimum komfortu tak za dnia jak i w nocy. Jak wiecie nasza przygoda ze znalezieniem idealnego pojazdu dla podróżników trwa od dłuższego czasu i nawet pokazaliśmy nasze pomyłki i złe decyzje.
Teraz pokazuję ostatnią wersję ale czy ostateczną?

Prawie rok poszukiwania zaowocował zupełnie niczym. Pojazdów oczywiście w tym dostatnim kraju nie brakuje ale dla nas te wystawione na sprzedaż były albo za drogie albo za długie. Szukaliśmy najmniejszego hotelu na kółkach jaki jest dostępny na rynku.
Kupiliśmy jeden rozmiar większy po wielu rozterkach i przemyślaniach. Jak przyjdzie na to czas wszystko wyjaśnię ale teraz tylko informuję, że jest to najmniejsze przestępstwo jakiego mogliśmy się dopuścić. 

Nasz motorhome został ochrzczony dość nietypowym imieniem; “Dos ancianos” czyli “Dwa staruchy”. Bo właśnie dwa staruchy będą w nim mieszkać i nim podróżować. Dwa czyli ja - Ataner i mój ciągle zwariowany mąż - p..
“Dos ancianos” zostanie zmodyfikowany aby spełnić nasze wygórowane wymagania i gdy przyjdzie dzień zero przedstawimy go w ostatecznej odsłonie.

 Pomimo tego, że miejsca w środku jest niewiele to pomieścimy wszystkich chętnych którzy zechcą nas odwiedzić i spędzić z nami miesiąc lub dwa.

piątek, 28 kwietnia 2017

Flamingi

 Podróżowanie przy użyciu telewizora ma wiele zalet; tanio, szybko i bez stresu. Ma też kilka wad z których najważniejszą jest brak możliwości wyboru miejsca docelowego. Różne programy przyrodnicze rzucają nas w zakątki świata gdzie akurat właśnie tam nie chcielibyśmy przebywać. Od dłuższego czasu jestem pod urokiem różowych flamingów. Coś obiło mi się o uszy, że kolor ich piór uzależniony jest od środowiska w którym przebywają ale aby upewnić się o tym sięgnęłam do skarbnicy wiedzy, nie zawsze poprawnej, czyli do internetu.
 Afrykę kojarzyłam zawsze z lwami, gorylami, krokodylami i flamingami. Sądziłam, że wielkie jeziora tego kontynentu są królestwem flamingów. Przeważnie każdy film pokazywał te dziwaczne ptaki o charakterystycznym, czerwonym zabarwieniu. Tak mi weszło do głowy, że jak flamingi to Afryka. Artykuł w Wikipedii sprawił, że postawiłam sama sobie dwóję albo nawet pałę z ornitologii bo na sześć gatunków flamingów, cztery zamieszkują kontynent amerykański. Czytam zatem, że istnieje flaming chilijski, Phoenicopterus chilensis, zamieszkujący Amerykę Południową. Drugim gatunkiem jest flaming James'a, Phoenicoparrus jamesi, którego można spotkać w Andach w Peru, Chile, Boliwii i Argentynie. Na tych samych terenach występuje również flaming andyjski, Phoenicoparrus andinus. Jak przystało na kontynent amerykański to jest oczywiście flaming amerykański, Phoenicopterus ruber, na Karaibach w Mexico, Belize i Wyspach Galapagos. Aby zakończyć wyliczankę wspomnę jeszcze o pozostałych dwóch które spotkać można w Afryce, Południowej Europie, Południowej i Południowo Zachodniej Azji którym jest flaming większy oraz flaming mniejszy w Afryce i Indiach.
Okazało się, że za kolor piór odpowiedzialna jest pewna bakteria której nazwy nie przytoczę bo i tak nikt tego nie potrzebuje do normalnego funkcjonowania na tym świecie oraz duża zawartość karotenu w pożywieniu. Krótko mówiąc im lepiej odżywiony ptak tym bardziej czerwony. 


 Po zakończonym maratonie telefonicznym p. jeszcze przez długi czas pozostawał nieobecny duszą, tkwił gdzieś pomiędzy mechanikiem a ubezpieczeniem. Jednak systematycznie jego kontakt z otaczającym go światem zaczął się pogłębiać. 
 Drugi etap dnia który zapamiętamy jako "nie zabieraj komórki na wakacje" miał nas doprowadzić do sadzawki z wyżej wymienionym ptactwem.
 Gdy zaproponowałam mu kiełbaskę na odnowienie straconej energii zgodził się natychmiast ale ta z drzewa kiełbasianego nie przypadła mu do gustu. Skrzywił się lekko na widok takiego przysmaku i oświadczył, że poczeka na chwilę gdy na inną kiełbasę nie będzie miał szans. Dzięki takiej abnegacji nie dowiedziałam się jak smakuje kiełbasa zerwana prosto z gałęzi.
 Spotykane po drodze okazy fauny nie zatrzymały nas na dłużej bo nogi same kierowały się w stronę gdzie mieliśmy spotkać moje wymarzone ptaki. Ani “czerwony dziób” ani mały “zielony smok” nie spowolniły naszej wędrówki.
- Nie mogę za tobą nadążyć, gdzie tak pędzisz? - Czy rzeczywiście narzuciłam takie tempo nie byłam przekonana ale mogłam uwierzyć w to, że co dla mnie interesujące może nie być atrakcją dla innych. - Nie mam dzisiaj formy. Czuję się wytrzebiony. - Parsknęłam śmiechem na takie obrzydliwe stwierdzenie. 
- To ty odpocznij sobie przy tym stawiku a ja popędzę dalej. Wiesz gdzie mnie znaleźć.
- Poczekaj! Zobacz jak tu ładnie
. - Jak na przykładną żonę przystało zatrzymałam się na sekundę i zerknęłam na wodę. Owszem było ładnie i malowniczo wyglądało odbicie palm w lekko pomarszczonej wodzie. Gdy spojrzałam bliżej dreszcz wstrząsnął moim ciałem. Prawie niewidoczny, tuż pod powierzchnią wody, nieruchomo tkwił żółw. Ten sam gatunek który kilka lat temu użarł mnie w palec. Od tego czasu nie lubię żółwi. Chwyciłam p. pod pachę i pociągnęłam w kierunku gdzie miały czekać na nas flamingi.

 Trafiliśmy na idealny moment. Właśnie rozpoczynało się karmienie ptaków. Wcześniej przebywały po drugiej stronie stawu ale na widok rzucanej karmy przez pracownika wszystkie ruszyły aby najeść się do syta. Zaczęły klikać migawki i wydawało się, że zdjęć nigdy za dużo. Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam flamingi.
Spędziliśmy chyba godzinę patrząc i nie mogąc nasycić się widokiem tych egzotycznych ptaków. Cała grupa była nie dalej jak kilka metrów i pewnie wpadłabym do wody z egzaltacji gdyby nie barierka dzieląca nas od niej. Wielkim atutem był fakt, że byliśmy jedynymi zwiedzającymi i nikt nie burzył ciszy.
 W drodze powrotnej chciałam chwycić ibisa ale nie dał się skusić na moje zachęty. Nawet nie mogłam go pogłaskać co mogłoby wpłynąć na moje zdolności artystyczne bo przecież ibis jest synonimem wiedzy i zdolności twórczej. Popatrzyłam jedynie na przekornego ptaka i pomyślałam, że wiedzy mi już nie przybędzie a moje pisanie nie stanie się poczytne jak bestselery. Gdybym tak mogła chociaż go dotknąć wszystko uległoby zmianie.
Chwilę wytchnienia pośród kwiatów wykorzystaliśmy na zaplanowanie kolejnego dnia. Co przyniesie nikt nie wiedział bo nasze plany jak zwykle nie są doskonałe i zawsze pozostawiamy duży margines na improwizację.

 ***
Zdjęcia w dużej rozdzielczości można zobaczyć tutaj.