niedziela, 2 lipca 2017

Latająca łódź.

 Jeżeli jeszcze pamiętacie nasze kupowanie biletów na łódkę ze śmigłem podczas poprzedniej wizyty to nie zdziwicie się, że i tym razem nie poszło jak po maśle. Pojechaliśmy tam gdzie łapownictwo nie popłacało. Miejsce jakieś wyludnione i być może właśnie przez to wyglądało mało przyjaźnie. Pomimo tego, że byliśmy jedynymi klientami nasza wizyta nie wywołała zachwytu na twarzy sprzedającego bilety. Zwykle, gdy potencjalny kupujący przekracza próg sklepu to witany jest szerokim uśmiechem, tak szerokim, że bez szczególnego przyglądania się widać szóstki w uzębieniu. Uśmiech numer sześć jest bardzo często stosowany przez sprzedających i mile widziany przez kupujących. Tutaj było inaczej. Znad książeczki z sudoku spojrzały na nas zamyślone oczy. Książka z łamigłówkami była otwarta gdzieś po środku co wskazywało niezbicie, że pan z ogryzionym ołówkiem w prawej dłoni jest w trakcie czegoś bardzo ważnego. Dodawanie i odejmowanie miał najwidoczniej dobrze opanowane bo przecież był już w połowie drogi do ostatniej strony tego frapującego wydawnictwa.
- Chcieliśmy dwa miejsca na małą łódkę. - Trochę wstyd tak przeszkadzać w pracy ale gdy już nieopatrznie wtargnęliśmy w życie nieznajomego przekraczając próg tego miejsca to po zwyczajowym przywitaniu powinnam zeznać bezwłocznie dlaczego tu jestem.
- Najbliższy wyjazd za godzinę. - Głos odpowiadającego był pozbawiony emocji. Przypominał nagranie powitania na poczcie głosowej.
- Acha. - Błysnęłam zębami w niemym uśmiechu. Nie wiedziałam czy powinniśmy być zadowoleni czy natychmiast znaleźć się po drugiej stronie drzwi. Zwróciłam głowę w stronę p. aby uzgodnić dalsze postępowanie bo sama nie byłam w stanie podjąć decyzji. Twarz męża była odbiciem twarzy pana za ladą. Jego emocje a raczej ich kompletny brak ział grozą znudzenia i beznadziei. p. spojrzał na mnie szklanym wzrokiem kamery przemysłowej i wolno wycedził krótkie słowo. Zaakcentował każdą literę z osobna i usłyszałam tyle niechęci w słowie “d-u-p-a”, że lekki mróz musnął mój kark. Wszystko proste. Decyzja podjęta.
- Dziękuję bardzo. - Wrodzona grzeczność w stosunku nawet do mało przyjaznych osób zadziwiła i mnie bo przecież wystarczyłoby samo dziękuję.
- Jeżeli będzie komplet. - Słowa skierowane w naszą stronę znad łamigłówki odebrały mi resztkę optymizmu którym tego dnia mogłabym zarazić nie jedno małe miasteczko. Jeszcze patrzyłam na znudzone lico p. i dlatego mogłam przekonać się, że w tej chwili nikt nie chciałby mieć takiego męża. Obawiałam się reakcji na “olewnictwo” ze strony obsługiwanego klienta. Chwyciłam p. za połę koszuli i pociągnęłam go w stronę drzwi.
- Przyjdziemy później. - Skłamałam gdy przekraczałam drzwi tego zapyziałego miejsca. Nie będę rozpisywała się na temat naszych dywagacji i dogłębnych przeżyć związanych z wizytą pod mało uprzejmą strzechą. Jedynie skwituję to zupełne nieporozumienie jednym już wcześnie przytoczonym słowem. Tym na cztery litery i zaczynającym się na “d”.

Jak to w życiu bywa czasami ponosimy porażki które dają nam kopa do działania. Ruszyliśmy dalej do następnego miejsca, tam gdzie kilka lat wcześniej orżnęłam kasjera bez mrugnięcia powieką. Drzwi do budynku były otwarte i panująca tam pustka rozprzestrzeniała się od przeciwległej ściany do samego wejścia. Żywej duszy w środku nie uświadczysz która przywitałaby nas serdecznie, za to na zewnątrz siedziało trzech mężczyzn gawędząc sobie w najlepsze. Poruszali jakiś ciekawy temat bo nasza obecność nie przerwała rozmowy i zdawało się, że nas nie zauważają. Znowu przyszła kolej na chwilę gdy czujemy się jakbyśmy mieli popełnić wielki nietakt przerywając pogaduszki. Tym razem p. podjął się tego niemiłego zadania. O dziwo po przywitaniu panowie zareagowali bardzo uprzejmie na propozycję zawiezienia nas daleko w nieprzebyte bagna. Wyszło na to, że mamy trzy możliwości podróżowania. Wybraliśmy jednak swoją wersję a nie jedną z oferowanych. Po przedstawieniu oferty brzmiącej jak żądanie i lekkim jej zmodyfikowaniu przez właściciela łódki zapłaciliśmy za godzinę jazdy bez innych pasażerów. Usta wyginały się nam w uśmiechu aż zabolały nas dawno nieużywane mięśnie policzków. Zajęliśmy miejsca w pierwszym rzędzie i byliśmy gotowi do drogi.
Naszym kapitanem był bardzo sympatyczny dredziarz z Jamajki co nie zdziwiło nas zbytnio bo obecnie Indianie w USA mają mało indiańskie rysy. Zanim huk śmigła ogłuszył nas na tyle, że i myśli zdawały się nieme, kapitan ostrzegł nas, że nie będzie wygłupów w stylu obrotów o 360 stopni co przyjęłam za dobrą monetę bo ryzyko wywrotki w takim terenie jeżyło mi włosy na karku. 
Zanim rozpoczęliśmy bagienną przygodę tuż obok nas woda zawirowala i obserwator z bandy aligatorów ukrył się pod powierzchnią wody. Tych wodnych morderców jest wszędzie pod dostatkiem.
 Silnik naszej łodzi zaskoczył o dziwo od pierwszego razu i obawa, że to grat zupełny rozpierzchła się gdy sto decybeli uderzyło mnie obuchem w głowę. Mało zgrabna, płaskodenna łódź raźnie ruszyła do przodu i zgodnie z umową zaczęliśmy płynąć zdecydowanie zbyt szybko. Zadowolony p. odwrócił głowę w moją stronę i powiedział coś co mogłabym zrozumieć, że wreszcie płyniemy jak przystało na przeżycie przygody. 
Gdy zobaczyłam, że jego włosy wiatr zaczesał na tył głowy, mocniej nacisnęłam czapkę aby nie stracić jedynej ochrony przed słońcem.
Godzinna przejażdżka minęła szybciej niż się spodziewałam. Może dlatego, że kapitan urozmaicał nam każdą chwilę manewrami które mogłyby mnie wyrzucić za burtę gdybym nie trzymała się mocno siedzenia i nie zapierała się szeroko rozstawionymi nogami.
Chwila przerwy aby rozprostować nogi okazała się zbawienna aby wyrównać oddech. Podczas szalonej jazdy więcej pracy wkładałam w wydychanie powietrza wtłaczanego do moich płuc niż w jego zaczerpnięcie. Teraz, gdy stanęłam na ziemi wreszcie mogłam pooddychać normalnie.

Na spotkanie z nami przypłynęła córka starej znajomej sprzed lat. Dowiedzieliśmy się, że aligatory strzegą swego terytorium i żaden obcy nie ma prawa przebywać tam gdzie wcześniej zamieszkał inny. Ten teren był w posiadaniu dwóch pań i ta młodsza podpłynęła na nasze spotkanie. 
Mało ruchliwe aligatory są wbrew pozorom bardzo szybkie. Chwilowo mogą osiągnąć prędkość 24 mil na godzinę co równa się 38.5 km/godz. Tak szybko mogą się poruszać na lądzie jak i w wodzie. Atak jest natychmiastowy i następuje bez żadnego ostrzeżenia więc lepiej nie ufać naszym szybkim nogom i trzymać się z daleka od ospale wyglądających aligatorów. 
W drodze powrotnej wprawne oko kapitana dostrzegło aligatora który bardzo szybko ukrył się pośród traw i teren znów wydawał się niezamieszkały przez ludzi i zwierzęta.
Gdy powróciliśmy do miejsca wyjazdu bardzo serdecznie podziękowaliśmy za miłą i lekko zwariowaną wycieczkę wręczając suty napiwek uśmiechniętemu kapitanowi.

 
*** 
Duże zdjęcia znajdziesz tutaj.
Więcej zdjęć z bagien możesz obejrzeć w poście Śmigło i zęby.

20 komentarzy:

  1. Nie jestem pewna, czy odwazylabym sie przejechac tym wodolotem. Po pierwsze bym ogluchla, a po drugie wpadla na wirazu prosto w paszcze aligatora. Co innego jakism stabilnym lodolamaczem, tam czulabym sie pewniej. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem przekonana, że po zakończeniu wycieczki zechciałabyś przeżyć to jeszcze raz i to na większym gazie.
      Trochę strach gdy raptem pędzisz bokiem przez szuwary, trawy i małe krzaki ale przy kolejnym manewrze wiesz, że nic ci nie grozi i możesz rozkoszować się pędem jak i widokami.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  2. Jestem pelna podziwu za taki zapal do przygod. Dobre zdjecie i najwazniejsze wszyscy na nich zadowoleni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z wielką przyjemnością porzucamy codzienne obowiązki aby oddać się przygodzie we władanie. Nigdy nie wiemy do końca co nas czeka za kolejnym zakrętem bo przewidzieć się tego nie da. Właśnie niewiadoma utrzymuje nas w gotowości i ciekawości a uśmiechy przychodzą same.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  3. Podziwiam za odwagę :) Ale przygoda super !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwiedziliśmy kawałek USA więc i spotkanie z aligatorami nam nie straszne. Respekt czuję za każdym razem jak patrzę na te gadziny.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  4. Obecność aligatorów ścina krew w żyłach, ale fajna przygoda, jak bym miała okazję to pewnie bym spróbowała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aligator to wyśmienita maszyna do mordowania. Cichy i świetnie maskujący się zabójca. Podróż łodzią ze śmiglem jest bezpieczna bo można nią wpłynąć w zupełnie niedostępne zakątki, no i jest na tyle szybka aby uciec przed niebezpiecznymi kłami aligatora. Taką przejażdżkę polecam każdemu bo jest to wielka atrakcja i frajda.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  5. Podoba mi się podróz takim dziwnym urządzeniem, które tylko na filmach przyrodniczych widziałam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest to bardzo przydatny rodzaj łodzi na bagienne tereny bo ma małe zanurzenie i potrafi prześlizgnąć się nawet tam gdzie nie ma wody a jedynie błoto na krótkim odcinku.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  6. Ależ fajna łodka, prawie jak z jakiejs fantastycznej gry komputerowej. Na pewno wrażeń mieliście mnóstwo. Te aligatory - brr! No ale o ten dreszczyk emocji własnie codzi. To, co dla przyjezdnych jest atrakcją, dla miejscowych już tylko nudą i rustyna, co widać ze świetnie opisanych scenek w sklepiku i w kolejnym budynku.Nieraz w podrózy trzeba wykazać sie dużym talentem dyplomatycznym, cierpliwością oraz silnymi mięśniami policzkowymi, gdy trzeba usmiechac się od ucha do ucha i starać osiągnac zamierzeony cel.Na szczęście, znowu sie Wam udało!:-) Buziaki!:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łódek było do wyboru i koloru, a nas interesowała jak najmniejsza aby była zwrotna. Luksus płynięcia tylko we dwójkę z przewodnikiem oczywiście jest kosztowniejszy ale warto było! Niesamowite przeżycie i ciągle czuję niedosyt:)
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  7. znowu nie wyslalo mi komentarza; nie mozemy jakos zebrac sie do podrozy po stanach, ale wycieczka do Grand Canyon w tym Roku jest w planach na 50%. Mam podobna czapke I kilka lnianych bluzek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak wiesz w Grand Canyon byliśmy kilka razy i uwierz mi za każdym razem nas zachwyca, więc naprawdę warto się wybrać i zobaczyć tę wielką dziurę w ziemi. Tego lata cała jestem lniana, postawiłam na wygodę i swobodę:)
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  8. Wehikuł szaleńczy, jak i sama podróż wśród gadów-morderców. Robi wrażenie nawet oglądając tylko świetne fotografie. Odnoszę wrazenie, że od pierwszej opisanej przez Ciebie wyprawy do tej pory odmłodniałaś, rozszalałaś się w przygodach, robisz coraz piękniejsze zdjęcia i coraz bardziej wiesz po co żyjesz! Nawet obok aligatora ( i tu nie mam na myśli p.) jesteś ślicznym przywódcą stada.Tak trzymaj!!! Ja ładuję baterie jak na Was patrzę co wyprawiacie. :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jako jedna z niewielu znasz nasze plany na niedaleką przyszłość. To jest wielkie przedsięwzięcie, wielka niewiadoma i będzie się działo, oj będzie:)
      Dziękujemy za miłe słowa i pozdrawiamy cię bardzo serdecznie:)

      Usuń
  9. Czyżby wioska Indian Miccossukee? Wygląda podobnie :) Byliśmy tam jakiś czas temu, bardzo mi się podobało!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to jest właśnie to miejsce. My po raz kolejny wybraliśmy się aby podrażnić aligatory:)
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  10. Odważni jesteście i nieustraszeni podróżnicy :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może i odważni ale jednocześnie ostrożni:)
      Stęskniłam się za tobą mam nadzieję, że wrocisz do pisania.
      Pozdrawiam:)

      Usuń